Fot. archiwum

Stefan Smołka: Najlepsi ponownie w Rybniku

30 grudnia 2013 4

Tradycja zjazdów najlepszych żużlowców w Rybniku jest ”stara jak świat” i bardzo bogata, tak jak cała historia czarnego sportu w mieście nad Rudą, sięgająca głębokich lat przedwojennych. Wspominaliśmy niedawno głośne zgrupowanie kadry polskich żużlowców w końcu lata roku 1948, kiedy to zjechała do Rybnika szeroka grupa najlepszych motocyklistów przed pierwszym oficjalnym meczem polskiej żużlowej reprezentacji. Był to swego rodzaju pierwszy znaczący przełom, ponieważ dokonano właśnie masowego (jeśli tak można nazwać komplet ośmiu sztuk) zakupu nowych angielskich motocykli JAP wyprodukowanych wyłącznie dla speedway’a, a przeznaczonych dla wybrańców ówczesnego trenera - selekcjonera kadry Frantiska Seberki.

Magia starego speedway’a

Ale godzi się przypominać również czas przedwojenny w Rybniku, bo dużo w tym żużlowym mieście się działo. Na starym placu targowym (niezabudowanym wówczas, a dziś ruchliwym placu Armii Krajowej) rozgrywano wyścigi motocyklowe wprost na ubitym klepisku, gdzie dziury i nierówności zasypywano właśnie żużlem. Jeszcze sporo lat po wojnie, mieszkając niedaleko - ze starszymi braćmi Andrzejem i Józefem - mieliśmy możliwość oglądania z bliska ekscytujących wydarzeń, które się tam wtedy rozgrywały. Przyjeżdżały kolorowe karuzele, wozy cyrkowe z egzotycznymi groźnymi zwierzętami, były tam organizowane pokazy lotów balonowych oraz mrożące krew w żyłach jazdy na motocyklu po pionowej ścianie w tak zwanych beczkach śmierci. Mało kto może sobie wyobrazić, ile trzeba było sprytu, by będąc dopiero co szkolnym bajtlem te niesamowite pokazy dla dorosłych po wielokroć oglądać. A jednak się udawało - to były dopiero wyzwania, czasem okupione siniakami i innymi urazami. Toru żużlowego na starym targowisku już wtedy, na początku lat 60., nie było, bo stadion przy ul. Gliwickiej gromadząc dziesiątki tysięcy widzów podczas zawodów żużlowych (także piłkarskich z udziałem wielkiego Górnika Radlin - niebawem wicemistrza polskiej ekstraklasy sezonu 1951) pękał w szwach i przeżywał swój czas historycznej świetności.

Mimo to na starym placu targowym pojawiali się czasem młodzi motocykliści i trenowali do upadłego starty oraz pokonywali ślizgiem wiraże (slalomem między pustymi po południu straganami). Był tam w pobliżu warsztat naprawy motocykli Karola Philippa, gdzie pracował i swoje pierwsze złamane owale kreślił Henryk Glücklich. Ci młodzieńcy marzyli o wielkiej karierze w zespole Górnika Rybnik, już wtedy wielokrotnego mistrza ligi. Z tym miejscem wiąże swoje początki dla przykładu Andrzej Tkocz (a także jego młodsi nieco sąsiedzi Grzegorz Szczepanik i Stanisław Kilian), późniejszy reprezentant, wicemistrz Polski i medalista MŚ. Gdy najmłodszy z Tkoczów zgłosił się na stadionie po licencję, to trenujące młodzież ówczesne gwiazdy, m.in. Andrzej Wyglenda i Joachim Maj - zwątpiły w sens swojej edukacji - przecierały oczy ze zdumienia, bo młody Andrzej pierwszy raz na prawdziwym żużlowym torze, a dał absolutnie wyjątkowy popis jazdy ślizgiem, nie odmawiając sobie nawet przyjemności pokazowej szprycy po bandach. No cóż, świetny rocznik 1951.

O zawodach w tym miejscu przed wojną wspomina znakomity znawca rybnickiego speedway’a, całego ruchu olimpijskiego i sportu w ogóle, red. Jerzy Szczygielski, pisząc na kartach swej książki ”Rybnik żużlem stoi”: „Wyścigi na ”Sianym Targu”, zwanym też ”Październią” odbywały się na 300 m owalu o obwodzie zamkniętym, którego bandy stanowiły worki ze słomą oraz pięćsetosobowa publiczność”. Już wtedy, w tatach 30. ub. wieku, poza liczną grupą rybniczan ścigali się tam również przyjezdni, zamaskowani jeźdźcy na ”stalowych rumakach” z okolicznych miast, Gliwic, Tarnowskich Gór, Raciborza, Wodzisławia, Jastrzębia, Pszczyny, Tych, Bielska, Cieszyna i okręgu katowickiego. Wówczas, jak wspominali nieżyjący już dziś pionierzy (m.in. Eryk Pierchała, bracia Dziura, bracia Draga) każdorazowo największą gwiazdą zawodów był powracający tam często i chętnie legendarny Rudolf Breslauer, mistrz Polski i reprezentant kraju, po wojnie również kierowca rajdowy z Katowic.

Ostre ściganie przy wewnętrznej

Po zakończeniu najstraszniejszej z wojen sport motocyklowy, tak jak w całej Polsce, również na Górnym Śląsku eksplodował, ale z jakąś niepojętą mocą w jego zielonej części okolic miasta Rybnika. Stąd wywodzili się mistrzowie Polski (traktowany jeszcze wtedy jako szosowy, choć zwany mistrzem motocyklowym) Ludwik Draga w 1946 i - już nazwany żużlowym mistrzem Polski - Eryk Pierchała w 1947 roku.

Dlatego nikogo nie dziwił ten wielki zapał i gorące serca rybnickich działaczy goszczących polską żużlową kadrę we wrześniu 1948 podczas przygotowań do owego historycznego debiutu polskiej reprezentacji na arenie międzynarodowej. W warszawskiej siedzibie PZM już wiedziano, że na Rybnik można liczyć i ta opinia solidnych, ofiarnych działaczy, bezimiennych wolontariuszy i samej zdolności do perfekcyjnej organizacji trudnych logistycznie imprez żużlowych na dobrą sprawę przetrwała do dziś.

Po roku 1948 prezes Jan Konstanty i spółka wzięli się ostro do roboty. Od wiosny następnego roku rozpoczęto remont stadionu, wymuszony tłumami, które waliły na sam odgłos żużlowych motocykli. Prace wokół toru trwały blisko dwa lata. Na nie do końca ukończonym stadionie siłą rzeczy rozgrywano zawody. Zespół RKM bił się w najwyższej państwowej I lidze. Większe i czasowo dłuższe zgrupowanie kadry miało miejsce tym razem w Lesznie, gdzie również atmosfera była wyśmienita, co pokazują archiwalne zdjęcia w książkach o żużlu. PZM, tak jak rok wcześniej, zakupił nowe motocykle JAP w ilości sztuk 9 na potrzeby reprezentacji. Rybniccy działacze zorganizowali za to wielki turniej w ramach tzw. Rewii (żużlowych) Asów w Rybniku.

To była sobota, 24 września 1949 roku - jakże piękny początek jesieni. Były to skądinąd standardowe zawody kontrolne kadry. Wśród zaproszonych gości pojawili się najlepsi polscy żużlowcy, przy okazji dla siebie nawzajem - sami dobrzy znajomi: Czesław Szałkowski z Grudziądza, Stefan Maciejewski z Ostrowa, Tadeusz Kołeczek z Łodzi, Józef Olejniczak i Alfred Smoczyk z Leszna, a na dodatek miejscowi, Paweł Dziura, Ludwik Draga, Robert Nawrocki i Alfred Spyra. Któż mógł te zawody wygrać? Nie było wtedy w tym względzie cienia wątpliwości. Tylko on jeden, Alfred Smoczyk, ten as nad asami, mało że niepokonany, ”wykręcił” przy tym najlepszy czas dnia, który okazał się nowym rekordem toru (83,5 sek.), odebrany Pawłowi Dziurze (sprzed zaledwie miesiąca), który notabene stanął na trzecim stopniu podium. Drugi tego dnia był chmurny na co dzień Tadeusz Kołeczek.

Dwaj pierwsi żużlowcy podczas jesiennej rybnickiej ”Rewii Asów”, Smoczyk i Kołeczek (obaj mieli młodszych braci żużlowców, Zdzisława i Witolda) przez wielu uważani byli za parę najlepszych polskich żużlowców tegoż roku 1949. Pozycja ”Freda” nie podlegała dyskusji, zaś Kołeczek, choć dużo starszy notował wyraźną progresję swoich notowań. Świetnie punktował w lidze, w meczach testowych reprezentacji ze Szwecją w Warszawie i podczas tournée po Holandii. Przebłyski świetnej formy mieli ponadto Stefan Maciejewski z Ostrowa, Eugeniusz Zenderowski z Warszawy, Józef Olejniczak z Leszna, Jan Paluch z Bytomia, Ludwik Draga - przed kontuzją, która uniemożliwiła mu wyjazd z kadrą do Holandii - i Paweł Dziura z Rybnika. Wysokie aspiracje zgłaszać właśnie poczęli Janusz Suchecki z Warszawy i drugi Alfred (zwany też Emilem) Spyra z usportowionej Borowej Wsi, stawiający pierwsze żużlowe kroki w Rybniku.

Któż mógł wtedy, w Wigilię Bożego Narodzenia 1949, przypuszczać, że Alfred Smoczyk i Tadeusz Kołeczek nie doczekają końca następnego roku 1950. Obaj zginęli w tragicznych okolicznościach u szczytu swych błyskotliwych karier. Pierwszy (prawie równy rok po rybnickiej ”Rewii”) zginął na drodze, drugi - pod koniec grudnia tego samego roku - uległ wypadkowi przy bezsensownej pracy - dla idei. Polski żużel poniósł straty niepowetowane, raz jeszcze okazał się sportem wyjątkowo… czarnym.

Gdy chodzi o rybnickie zloty najlepszych w Polsce żużlowców, to powtarzały się one cyklicznie, często zresztą okraszane obecnością uznanych w świecie gwiazd, czy to przy okazji różnego rodzaju turniejów eliminacyjnych, wielkich finałów MŚ, których w Rybniku w dobrych czasach nie brakowało, bądź też bogato obsadzonych imprez towarzyskich. Dziś pozostał nam już jedynie doroczny Turniej Pamięci Łukasza Romanka, dzieło osobistych starań prezesa Krzysztofa Mrozka. Będziemy wracać do epizodów z przeszłości, bo pamięć kształtuje tożsamość.

Stefan Smołka

Ps: Tekst ten ukazał się również na www.sportowefakty.pl

???? ?????
27.01.2016 12:17:33

tehran talar
talar vip

DOŁĄCZ DO NAS NA FACEBOOKU!

SONDA