Fot. Archiwum autora

Rok 1950. Kolejny zlot gwiazd w Rybniku

26 lutego 2014 23

Do Rybnika chętnie przyjeżdżali najlepsi polscy żużlowcy już od pierwszych lat powojennych. Zgrupowanie polskiej kadry narodowej, które rybniccy działacze zorganizowali jesienią 1948 roku nie pozostawiło cienia wątpliwości co do profesjonalizmu, gościnności i szczególnego klimatu tego miejsca na żużlowej mapie Polski.

W roku 1949, który wspominaliśmy ostatnio, żużel polski w wymiarze indywidualnym całkowicie zdominował jeden kosmiczny motocyklista, leszczyński as Alfred Smoczyk. Gdy niespodziewanie powołano go do wojska, wydawało się, że kariera tego zawodnika zostanie załamana. Wylądował w Legii, która budowała zespół marzeń (bez powodzenia, jak miało się później okazać), z takimi nazwiskami jak Marian Kuśnierek z Leszna, Jan Krakowiak i Eugeniusz Wróżyński z Łodzi, Tadeusz Wikaryjczyk i Mieczysław Połukard. Zamysł pewnych siebie generałów Ludowego Wojska Polskiego nie powiódł się, bo komisja żużlowa przy PZM nie pozwoliła na awans kuchennymi drzwiami ekipy CWKS Warszawa do najwyższej polskiej ligi na sezon 1950. „Fred” tłukł się więc w II lidze, ale jakoś to nie obniżyło jego lotów, w reprezentacji wciąż nie miał sobie równych. W następnym sezonie legioniści z Warszawy ostatecznie pojawili się w ekstraklasie, wprowadzono bowiem tzw. ligę zrzeszeniową, a właśnie stolicę ustanowiono pierwszą siedzibą „wojskowych” żużlowców (potem sekcję przeniesiono do Wrocławia, a tam wśród innych gwiazd i gwiazdeczek startował m.in. późniejszy lider „górników” Joachim Maj, co zresztą wspomina bardzo ciepło).

Z końcem stycznia 1950 rybnicki żużel został wyróżniony w Warszawie. Mianowicie dyplomem Srebrnej Odznaki Honorowej Polskiego Związku Motocyklowego za zasługi położone na polu rozwoju sportu motocyklowego w latach 1944-1949 odznaczono Ludwika Dragę. Odebrał to jako wyróżnienie dla swojej rodziny motocyklistów (braci Józefa i Henryka), ale także całej prężnej sekcji żużlowej w Rybniku.

Rok 1950 przyniósł w siedzibie Budowlanych prezesa Jana Konstantego właściwie aż trzy spotkania najlepszych żużlowców na szczycie. Najpierw w czerwcu na remontowany sukcesywnie obiekt przy Rudzie zjechała Unia Leszno, aktualny drużynowy mistrz Polski i oprócz tego coraz lepszy, pełen talentów Kolejarz z Rawicza. Ponad dwudziestotysięczny tłum wypełnił wówczas spragnioną nadzwyczajnych emocji widownię stadionu przy ul. Gliwickiej. Trójmecz wygrała osłabiona poborem swego lidera Unia, zdobywając 42 punkty, za nią Kolejarz Rawicz z dorobkiem 36 punktów i dopiero jako ostatni niespodziewanie (cokolwiek zanadto gościnni) gospodarze z Rybnika (32 pkt). Ponieważ w końcowej tabeli ligi Unia Leszno wyprzedziła rybniczan o 1,5 punktu, można więc śmiało powiedzieć, że to wtedy Budowlani z Rybnika pogrzebali swoje szanse na pierwszy w historii tytuł DMP (słowem, to dziś ROW miałby 13 tytułów DMP, a Unia Leszno 12). Wystarczyło „tylko” wygrać u siebie to jedno jedyne spotkanie, a szczęściu absolutnemu na całym Górnym Śląsku stałoby się zadość. Wystarczyło tylko wyprzedzić w tym turnieju Unię Leszno, nawet przegrywając z Rawiczem. Widać miało być jednak tak – nie inaczej.

W Unii Leszno brylował Smoczyk, zdobywca 12 punktów w czterech startach, ale nie był to ów boski Alfred, lecz jego młodszy brat Zdzisław. Jeszcze lepsi w drużynie leszczyńskiej byli Henryk Woźniak (15 p.) i Józef Olejniczak (12 p. w trzech startach, punktowano bowiem 4,3,2,1). Z rawiczan najlepszy okazał się Florian Kapała (15 p.), zaś w ekipie przegranych rybniczan Paweł Dziura (12 p.), Ludwik Draga (9 p. – w 3 startach) i Alfred Spyra, dokładnie z takim samym dorobkiem co Draga.

Kto wie jak potoczyłaby się ta superważna konfrontacja w Rybniku, gdyby nie fatalny upadek Wacława Andrzejewskiego w pierwszym jego występie, po czym już tego dnia ten pozyskany dla rybnickiej drużyny zawodnik nie wsiadł na motocykl. Otóż ten zapowiadany jako swoisty „czarny koń” potyczki, czołowy do niedawna reprezentant Unii Leszno, tym razem przywdział plastron Budowlanych Rybnik. Po zwycięskim dla Leszna sezonie 1949 opuścił rodzinne strony i zamieszkał w Rybniku, podjął pracę górnika w kopalni. Potem lubiany w tym miejscu „Andrzej” i z Rybnika wypłynął, zmieniał kluby jak przysłowiowe rękawiczki, o całe dziesięciolecia wyprzedzając epokę. Ciekawostką tego trójmeczu ligowego była kuriozalna sytuacja z wyścigu szóstego. Otóż zwycięzca tego biegu, świetny, choć nieobliczalny, Ludwik Draga wygrał z taką przewagą, że zdublował swojego imiennika Ludwika Beera, który bądź co bądź też reprezentował te same barwy rybnickie, a żeby było śmieszniej, Beer i Draga byli wprost sąsiadami, mieszkańcami Stanowic, tej samej wioski z obrzeży miasta Rybnika.

Drugi zjazd elity najlepszych polskich żużlowców w 1950 roku miał miejsce w niedzielę 13 sierpnia. Było to spotkanie towarzyskie dwóch nieco sztucznie wyselekcjonowanych drużyn, występujących pod umownymi szyldami Rybnika i Warszawy, jako przeciwnika. Mecz był wyrównany, zakończony rezultatem 75:69 dla Rybnika, a najlepsi na torze okazali się Alfred Smoczyk niezwyciężony (20 punktów), Tadeusz Kołeczek 18 p., Paweł Dziura 16 p., Florian Kapała 14 p., Janusz Suchecki 13 p., Jan Krakowiak 11 p., Alfred Spyra 10 p., Eugeniusz Zenderowski 9 p. Nieco słabiej w tym dniu pojechali Józef Olejniczak (8 p.) – co ciekawe w tym meczu reprezentujący barwy Rybnika i Ludwik Draga (7 p.). Na koniec rozegrano tzw. Bieg Zwycięzców. Wygrał ten, kto nie przegrywał już wtedy dosłownie z nikim, poza wolą Nieba – wielki „Fred” Smoczyk, za nim Tadeusz Kołeczek i Florian Kapała. Wymienieni wyżej stanowili trójkę najznakomitszych polskich żużlowców lat powojennych (do elity tamtych lat zaliczyć by można jeszcze trójkę rybniczan – Dziura, Draga, Spyra). Dokładnie 44 dni później Alfred Smoczyk już nie żył, rozbił się motocyklem o przydrożne drzewo na rogatkach rodzinnego Leszna.

Po sezonie ligowym, tak bardzo smutnym, mimo iż ostatecznie zwycięskim dla Unii Leszno, rozegrano wiele spotkań sparingowych, także w wymiarze międzynarodowym. Do jednej z takich ciekawych potyczek doszło w Rybniku dnia 25 października, kiedy to naprzeciw siebie stanęły bardzo silne zespoły Polski i Czechosłowacji, ze względu na mniej oficjalny charakter spotkania nazywane skromnie reprezentacjami Śląska i Moraw. Polscy żużlowcy, mający w swym składzie wszystkich aktualnie najlepszych w kraju, nie dali szans rywalom, wygrywając wysoko 95:57. Najwyżej na rybnickim torze w ten środowy chłodny wieczór punktowali Tadeusz Kołeczek i Józef Olejniczak – obaj zdobyli po 18 p., niewiele im ustępował młodziutki Alfred Spyra 17 p. – bez wątpienia będący odkryciem sezonu, dalej Florian Kapała 15 p., Jan Malinowski 12 p. i ów doświadczony Paweł Dziura 11 p. Najlepszym z Czechów był Milan Spinka z 16 punktami na koncie. Trzy dni wcześniej Polacy we Wrocławiu wygrali z Czechami jeszcze wyżej, a furorę zrobił tam Alfred Spyra, zdobywca 19 punktów na 20 możliwych, tyle samo co Tadeusz Kołeczek, który przy okazji pobił rekord toru wrocławskiego. Tym, który mu go potem odebrał był – nie kto inny – Alfred Spyra, zwany też Emilem, w trakcie finału IMP rok później. Kołeczek już tego nie zobaczył, pod koniec tego samego roku 1950 zginął tragicznie, a przez wielu ów łodzianin odbierany jako drugi po wielkim Smoczyku. Rybnicka potęga dopiero się rodziła, na przemian w zachwytach i bólach. Tylko tak ukształtowana pełnia ma szanse przetrwać niejeden cykl Księżyca.

Autor: Stefan Smołka

mohammad
24.12.2015 21:03:10

talarnet


funbees
payamsaze
aryateb

DOŁĄCZ DO NAS NA FACEBOOKU!

SONDA