18 lutego 2013
Stefan Smołka: Pierwsze lata - jak dziś

Obserwując wszystko co dzieje się w ostatnich tygodniach w rybnickim speedway’u nie sposób nie dostrzec pewnej – wysoce budującej – analogii do lat pierwszych sportu żużlowego w naszym mieście nad Nacyną i Rudą.

Zaczęło się w kwietniu 1932 roku w restauracji Polonia podczas spotkania pasjonatów od dawna już „zubrujących” po rybnickich bezdrożach. Owa Polonia to był taki szykowny lokal, niestety nie odbudowany po wojennych zniszczeniach. W tym miejscu jest dziś skwer ze schodkami na rogu Chrobrego i 3 Maja. Po wojnie przez wszystkie lata „komuny” kawałek dalej ku Starostwu funkcjonowała restauracja i kawiarnia Tęczowa z tarasem, ulubiony lokal sławnych rybnickich piłkarzy oraz żużlowców. To tam, jak sam wspomina, „Chima” Maj rysował na serwetce młodemu Antkowi Worynie, jak i w którym momencie ma wyłamywać motocykl przed wejściem w łuk. I nauczył młodziana tak, że ten niebawem stał się jednym z czwórki liderów, tzw. muszkieterów rybnickich (Maj, Tkocz, Woryna, Wyglenda). Został też pierwszym Polakiem dekorowanym medalem IMŚ na żużlu.

Wracając do początków, czyli pierwszych lat 30. ubiegłego wieku, klub zaczynał od zera, jak dziś, co przecież nie znaczy, że nikt przedtem nie ścigał się w Rybniku na motocyklach. Kto tylko miał motocykl, a dużo ich wtedy nie było, ten stawał do wyścigów – na targowisku, zwanym Październią, na zarudzkich ugorach, a zimą, gdy lody ścięły rybniki, czyli stawy, których tu było zatrzęsienie, to i tam stawiali się śmiałkowie na huczących maszynach, żeby wyzwolić ukryte na co dzień piekielne mechaniczne moce. Oj, ciężkie to były bestie znanych zachodnich firm Ariel, DKW, NSU, Rudge. Jeden z owych pionierów, Józef Draga, najstarszy brat sławnego później Ludwika, razu pewnego nie ustrzegł się wypadku i zatopienia motoru w zimnej topieli rudzkiego stawu pod budowanym już wówczas stadionem.
Józef siłą rzeczy był wśród pionierów, i to wcale nie najmłodszym, bo już po trzydziestce. To był fachowiec pierwsza klasa, złota rączka, genialny mechanik, a fachu uczył potem również dużo młodszych braci, Henryka i Ludwika. Miał warsztat przy Łony, zatrudniał ludzi, nie mógł opędzić się od klientów. Sport, wyścigi były jego pasją, głównie w wydaniu ulicznym. Ludwik Draga wspominał o bogatej kolekcji trofeów Józefa, skonfiskowanych przez armię czerwoną.

Takich biznesmenów wśród założycieli RKM było więcej, właściwie niemal wszyscy jednocześnie prowadzili swoje biznesy i uprawiali motorowe pasje. Rudolf Bogusławski, Jan Nardeli, Hipolit Mydlak, Zdzisław Bysiek, Eryk Pierchała, Ludwik Fajkis, Jan Sanecznik. Wszędzie było ich pełno – własna firma, a w wolnych chwilach – ostra jazda szosami i bezdrożami zielonego Rybnika. Wieczorami zaś rola działacza i bogate życie towarzyskie, a to przy herbacie z kołoczem, markowym piwku z browaru Hermana Muellera czy zwykłym sznapsie „na zdrowie”. Ówczesne lokale nie świeciły nigdy pustkami, raczej trudno było o wolny stolik. Tętniąca życiem była urokliwa restauracja – kasyno z ogródkiem przy hucie na Paruszowcu, często zasiadano w Świerklańcu, sławetnej Zamkowej przy młynie (późniejszy klub Bombaj – niezwykłe centrum kultury dawnego Rybnika), czy też na „Biołej Sali” kole Rynku, u „Starego” Stokłosy koło poczty (gustowna dwulokalowa Rybniczanka), na Kościelnej (po wojnie to był pachnący kawą Kaprys), na Potaczni, albo też u Kamyczka za baną, na wylocie ku Kwalowicom. Wielopolanka na górce, skąd cały Rybnik widać jak na dłoni, gromadziła głównie zastępy ogorzałych pracowników pobliskich cegielni wielopolskich. Na Potaczni pod Kupczakowcem przy Raciborskiej było szczególnie gwarno w dni targowe, tam także koń mógł ugasić pragnienie w oczekiwaniu na swego pana. Oj, niejeden tam poszedł waszpek piwa – z jednej, a wody z owsem dla cierpliwego konia – z drugiej strony. Nawet utarło się w Rybniku takie hasło: „Co tak stoisz, jak tyn koń pod Potacznią?”.

Gdy już przy koniach jesteśmy, to może wspomnieć warto, iż ojciec Zygmunta Kuchty, niesłychanie walecznego żużlowca z lat 50. miał gospodarstwo z końmi w dzielnicy Maroko, a sam też od motoryzacji nie stronił. Ojcowską mądrością i rybnickim instynktem (żużel wyssany z mlekiem) wiedziony, synowi swemu tego nie bronił i motocykl mu sprawił, zanim zginął borok (z rąk sowieckich siepaczy pod sam koniec wojny – na oczach m.in. kilkunastoletniego syna, przyszłego żużlowca), co poświadcza bliski sąsiad rodziny spod Zebrzydowickiej.

W latach pierwszych rybnickiego fenomenu motoryzacji warunkiem koniecznym funkcjonowania w branży był motocykl, pełniący rolę klubowej legitymacji i najważniejszego argumentu w dyskusji. Czasy trudne, wiadomo, pierwsze lata wolnej Polski, trwał wielki światowy kryzys ekonomiczny lat 1929-1933. Oprócz kryzysu na szczęście zachodni wiatr dziejowy niósł również na nasze ziemie modę i styl życia Zachodu, o czym w centralnej i wschodniej Polsce nawet nie śniono. O kształcie raczkującej dyscypliny decydowali ludzie majętni (czy dziś jest inaczej?), ówcześni biznesmeni, oraz szeroko rozumiane Miasto z legendarnym burmistrzem Władysławem Weberem na czele.

O motocyklu marzyły robotnicze-chłopskie masy rybnickich dzielnic Maroka, Meksyku, Paryża, Paruszowca oraz pobliskich górniczych miasteczek – Niedobczyc, Chwałowic i Boguszowic, nie mówiąc o miastach i wioskach dużego rybnickiego powiatu (z Żorami, Wodzisławiem i Jastrzębiem). Każda rybnicka dziura (nie mylić, albo właśnie kojarzyć proszę z żużlowcem Pawłem Dziurą i jego bratem Józefem) miała swojego żużlowca, nie zawsze co prawda na całą Polskę znanego, ale tak samo pobudzającego wyobraźnię, budzącego emocje, czasem trwogę, a zawsze lokalny podziw i szacunek. Stąd wywodziły się owe złote zastępy zawodników, tworzących przepiękną historię klubu żużlowego z Rybnika. To stamtąd w dniach zawodów motocyklowych zjeżdżały całe rzesze sympatyków ekstremalnego ścigania na dwóch kołach z silnikiem pośrodku. Wszyscy chcieli obejrzeć ekscytujące zawody, niektórzy decydowali się samemu spróbować.

Tak rodziła się ta potęga niepojęta i niewiarygodna Górnika i ROW-u. W Rybniku to były istne masy, dziesiątki co roku kandydatów zgłaszało się do sztabu szkoleniowego. Fenomen, wliczając Rybki, trwający do dziś. Nie było, rzecz znamienna, jednego trenera, co polecam pilnej uwadze działaczom. Trener Grabowski na dziś to optimum, ale… coś tu zgrzyta, że Rybnik nie wychował sobie choćby kilku dobrych szkoleniowców na długie lata.

Początki są trudne, bo zawsze takie muszą być, jeśli z tego ma urodzić się coś wielkiego. Dziś niestety wszędzie wokół króluje wszechmogący pieniądz. Trudno się oprzeć jego obłudnej magii. Ale trzeba próbować. Tylko bowiem powrót do korzeni, gdzie kasa owszem też, ale najpierw żarliwa pasja działaczy, mieszkańców miasta i okolic z przekonanymi do sprawy naszymi przedstawicielami w samorządzie lokalnym, mogą Rybnikowi przywrócić blask należnej bez żadnej łaski chwały.
Nie krótkotrwały błysk, lecz mocne fundamenty, z trwale wpisaną w krajobraz bazą szkoleniową dla młodych adeptów (niezależnie od osiąganych przez nich w krótkiej perspektywie wyników), to w Rybniku zawsze podnosiło klub żużlowy z trudnych dziejowych depresji i dołów. Będziemy o tym przypominać.

Stefan Smołka

PS. Pozdrawiam swojego przyjaciela i partnera ze strony ŻKS ROW Adama Drewnioka, którego pyszne anegdoty czytam z nieskrywaną przyjemnością. Adama obecność w tym miejscu dobrze wróży, bo czego się ten Człowiek z Maroko (ale tego bez Rabatu) nie tyknie, to zamienio sie w gryfny sukces. Wierzymy, że tak bydzie i terozki!

powrót do listy

Najbliższy mecz

28 czerwca 2024
TEXOM STAL Rzeszów

VS

INNPRO ROW Rybnik

Partnerzy